Komandor Mark Thompson: Część II – Trybunał Ciszy
Wydobyli go z kapsuły dryfującej gdzieś między Marsem a cieniem Saturna. Przez siedemdziesiąt trzy dni był sam – jeśli można tak nazwać stan, w którym człowiek stygnie powoli od środka, zamieniając wspomnienia w szron, a winę w kamień.
Statek ratunkowy ISS Janus przyszedł znikąd, bez sygnału, bez uprzedzenia, jak werdykt.
Trybunał
Nie było sali rozpraw. Nie było publiczności. Trybunał mieścił się w komorze dekompresyjnej, przekształconej tymczasowo w miejsce przesłuchań. Za szybą wenecką siedzieli przedstawiciele Sojuszu, ale mówiła tylko jedna osoba: kobieta w białym uniformie terapeuty wojskowego. Nie miała imienia. Mówiła spokojnie, tak, jak mówi się do ludzi na granicy rzeczywistości.
– Komandorze Thompson… – zaczęła. – Przed Trybunałem nie stoi pan jako dowódca. Ani jako oficer. Stoi pan jako człowiek. Usłyszy pan teraz zarzuty, które nie są karalne… ale mogą pana pogrzebać, jeśli się pan nie przyzna.
Mark nie odpowiadał. Jego oczy były suche, jakby dawno przestał mieć prawo do łez.
– Ludzie nie mogą pana pomieścić – powiedziała. – Pana ego rozpycha każdy pokład, każdą salę narad, każdy związek. Ludzie czują się przy panu… za mali.
Cisza.
– Jest pan tak dziwny – ciągnęła, z łagodnym głosem i precyzją skalpela – że nikt normalny nie wytrzymałby przy panu dłużej niż kilka dni. Ani kobieta. Ani mężczyzna. Ani załoga. Ani przyjaciel.
Zadrżał kącik jego ust. Niewyraźnie.
– Potrafi pan być na obu biegunach równocześnie. Jest pan światłem i mrokiem. Zachwytem i przerażeniem. Nadzieją i wyrokiem. Kto ma siłę trwać przy takim napięciu?
Milczenie. Ale już inne.
– I wreszcie… – jej głos się obniżył – ma pan bardzo dużą siłę niszczącą. Gdzie pan był, tam pozostawały szczątki. Ludzie odchodzili albo się rozpadali.
Mark Thompson nie drgnął.
– Ma pan polimorficzną, rozszczepioną osobowość – dodała ciszej. – Może pan być w każdej chwili kimś innym. Reagować zupełnie nieprzewidywalnie. Dla otoczenia jest pan jak zmienna grawitacja – nie da się przewidzieć, kiedy wciągnie pan kogoś do środka, a kiedy odrzuci.
Teraz uniosła wzrok i spojrzała prosto w jego twarz.
– I jeszcze jedno – powiedziała, jakby z żalem, bez triumfu. – Nie jest pan zdolny do miłości. Nie z braku potrzeby. Ale dlatego, że nie zna pan siebie wystarczająco, by móc się komuś oddać. Kocha pan ideę miłości, ale nie człowieka.
Zapanowała długa cisza. Wszyscy milczeli. A potem:
– Czy przyznaje się pan do tego wszystkiego? – zapytała. – Do każdego z tych zdań?
Komandor spuścił wzrok. Dłonie złożone, jakby modlił się o coś, co już dawno przestało być możliwe.
– Tak – wyszeptał.
To jedno słowo zadrżało w systemach audio, odbiło się od ścian komory jak echo od ruin.
– Tak – powtórzył głośniej. – Przyjmuję to. To wszystko… to jestem ja.
Samotność
Nie było wyroku. Nie było więzienia. Trybunał CISZY, jak później go nazwano, miał tylko jedno zadanie: zmusić go do usłyszenia siebie.
Po wszystkim pozwolono mu wrócić na pokład, do swojej starej jednostki. Ale nie dano mu już załogi.
Sam pilotował kadłub po orbitach, jak duch, jak upiór wszechświata, który wiedział, że nie zostanie odkupiony — ale przynajmniej przestał udawać, że nie wie, kim jest.
Komandor czeka przed wejściem do komory dekompresyjnej przerobionej na tymczasową salę rozpraw.
Proces. Odczytanie zarzutów.
Proces. Ogłoszenie wyroku.
Komandor na pokładzie swojej starej jednostki. Bez załogi.
Samotność w kosmicznej pustce. W wizjerze odbija się obraz martwej planety.